Czy szefowi można odmówić?

„Work life balance” czy „wykorzystanie” a nawet „mobbing” to określenia dość blisko powiązane z umiejętnościami asertywności w życiu zawodowym. Mamy poczucie bycia wykorzystywanym przez szefa, uważamy, że nadużywa naszego zaangażowania w pracę, oczekuje od nas więcej, niż – jak to postrzegamy – mieści się w zakresie naszych obowiązków. Oczekuje pracy w nadgodzinach, oczekuje pracy po pracy itp. Kiedy tak żalimy się ludziom wokół jakiego to mamy nikczemnego szefa, pojawia się pojęcie asertywności i słyszymy np.: „powinnaś być/ powinieneś być bardziej asertywny i odmówić mu”. 

Chciałabym na tę kwestie rzucić nieco inne światło, a wciąż pozostając w obszarze asertywnej dbałości o siebie. Zdaję sobie sprawę z tego, że proponowana przeze mnie perspektywa może zabrzmieć jak pewna prowokacja z mojej strony, a w rzeczywistości – czy nam się to podoba, czy nie – jest oczywistym dojaśnieniem tego, czy asertywność w rzeczywistości jest. 

Pozostańmy przy sytuacji, w której szef oczekuje od nas wykonania czegoś (stałego wykonywania czegoś), co albo nie mieści się w zakresie naszych obowiązków, albo wymaga pracy w godzinach, które tam się nie mieszczą. Wtedy rodzi się w nas poczucie wykorzystywania, Asertywność kojarzy nam się wtedy z umiejętnością powiedzenia NIE. Wtedy dociera do nas ta część definicji umiejętności asertywnej, która mówi o tym, że mamy prawo odmawiać, mamy prawo zadbać o siebie, niezależnie od tego, kto miałby być odbiorcą naszego asertywnego zachowania. I z całą pewnością to prawidłowe zrozumienie tej części umiejętności asertywnej, osoba asertywna to ta, która potrafi zadbać o siebie w relacjach międzyludzkich/ zawodowych, operacyjnie – potrafi i odmawia w sytuacjach, w których czuje się wykorzystywana. Oczywiście ta umiejętność jest do rozwinięcia, jeśli ktoś nie ma śmiałości/ przekonania że ma prawo itd. odmówić. Ale ja chciałabym zwrócić uwagę na to, że pełna definicja asertywność wskazuje na jeszcze jedną, absolutnie równie ważną kwestię. Oprócz dawania sobie prawa do odmowy, osoba asertywna daje innym prawo do posiadania potrzeb i proszenia o różne rzeczy. Czy ja mam prawdo odmawiać? Tak, Czy szef ma prawo prosić? TAK. Wyprzedzając twoje myśli… Tak, szef ma prawo odmówić a Ty masz prawo prosić, ale o tym innym razem.

I tutaj zaczyna się cała zabawa. Jeśli chcemy rzeczywiście być asertywni, powinniśmy jednocześnie uznawać oba prawa, a nie tylko to z dwóch, które jest dla nas wygodniejsze w danej sytuacji. Czyli: Ja nie chcę pracować w nadgodzinach, a szef potrzebuje mojej pracy z uwagi na zadania jakie przed nim stoją.  

Co w realu oznacza naszą akceptację prawa szefa do posiadania i wyrażania potrzeb? Więcej niż nam się wydaje. Oznacza to poszukiwanie we własnej głowie zrozumienia skąd ona (ta potrzeba naszego szefa) wypływa, rezygnację z wyżalania się na szefa osobom trzecim, za to że chce. 

Im dłużej zajmuję się rozwijaniem umiejętności asertywnych moich Klientów tym większe mam przekonanie, że nie poszanowanie własnego prawa do odmowy  powoduje nasze słabości asertywne w kontakcie z szefem, a brak naszego poszanowania do tego, że szef ma prawo chcieć, ma prawo mieć potrzeby, czy prosić nas o coś.

W tym momencie wypada dokonać jeszcze dwóch wyjaśnień, uwaga, może to być bolesne. Po pierwsze czym innym jest nasze wyrażenie odmowy a czym innym reakcja jego odbiorcy na nie. Czyli czym innym jest wyrażenie naszej odmowy a czym innym satysfakcja szefa tej odmowy czy też jego zrozumienie naszej odmowy. Po drugie czym innym jest potrzeba naszego szefa a czym innym nasze podporządkowanie tej potrzebie. 

Być może w tym momencie chcesz zapytać: to po co mi taka umiejętność asertywnej odmowy, skoro ona nie gwarantuje mi, że szef się odczepi? Odpowiem tak: po pierwsze gdyby jakiekolwiek nasze zachowanie gwarantowało efekt i w dodatku trwały – najprawdopodobniej dawno wiedzielibyśmy jakie to zachowanie. Po drugie: w imię jakiej zasady prawo do odmowy (naszej w tym przypadku) miałoby być ważniejsze, niż prawo do wyrażania potrzeb (naszego szefa w tym przypadku) i czy jeśli za chwilę my będziemy mieli potrzebę (np.: podwyżki) to to prawo do wrażenia potrzeby stanie się ważniejsze niż jego prawo do odmówienia nam tej podwyżki?

I teraz dochodzimy do najciekawszej – moim zdaniem – kwestii. Ona dotyczy użyteczności asertywności. Gdybyśmy w końcu uznali nasze prawa asertywne, te wzajemne i dotarło do nas, że asertywność nie jest władzą decydowania o cudzych reakcjach a jedynie władzą dotyczącą własnych zachowań, dalibyśmy sobie i naszemu szefowi przestrzeń na dogadanie się. Uznalibyśmy, że konflikt interesów jest czymś absolutnie normalnym w naszym życiu (a nie czymś co wróży tragedię, zwolnienie, rozczarowanie), a podstawą jego rozwiązania jest dialog. 

Kiedy uczestnicy moich szkoleń mówią mi, że asertywność wyklucza się ze współpracą to już wiem, że nie wiedzą czym naprawdę asertywność jest. W momencie rzeczywistego uszanowania praw własnych i prawa drugiej strony robi się piękna przestrzeń na współpracę, dogadywanie się, umowę, porozumienie, uzgodnienia uwzględniające wzajemne potrzeby.

No i skoro moją potrzebą jest wrócić do domu po godzinach pracy, a szefa potrzebą jest zabezpieczyć wykonanie pracy to z całą pewnością dogadywanie się nie polega na naszym wyżalaniu na szefa wyzyskującego, nie polega na wyżalaniu się szefa na nasz brak zaangażowania w losy firmy. Z całą pewnością dialog dotyczący potrzeb może mieć wymiar i partnerski, i z poszanowaniem wzajemnych oczekiwań.

Na koniec wyprzedzę jeszcze jedno twoje pytanie, odnośnie tego: a co jeśli mój szef nie jest otwarty na taki dialog? I oczywiście zgadzam się, że wyłącznie nasza asertywność nie przyniesie porozumienia, jeśli druga osoba jest nieasertywna. Problem jednak w tym, że zbyt często ta „druga strona” mówi o tej pierwszej dokładnie to samo.

Życzę nam wszystkim łapania cudzej perspektywy :)